jest filmowo!

Dokładnie dwa lata temu ruszyłem z blogiem jest filmowo!. Jednak regularność publikowania tekstów nawet dla mnie pozostawiała wiele do życzenia. Ponadto czas, który mogłem na niego poświęcać sukcesywnie się kurczył. Po intensywnym namyśle postanowiłem ostatecznie zawiesić działalność strony.

Nie rezygnuję jednak z oceniania filmów, które przenoszę na swoje profile na Facebook i Filmweb oraz kontynuuję ich recenzowanie na Trzynastym Schronie. Poprowadzę też c(ał)oroczne rankingi filmów tak długo, jak tylko starczy mi chęci. Być może pojawi się też moja osobista Top lista😉

Przeredagowałem stronę tak, by do wszystkich tekstów na jest filmowo! był szybki, łatwy dostęp. Po prawej stronie znajdziecie je wszystkie – pięćdziesiąt recenzji i sześć artykułów okołofilmowych – oraz odnośniki do wszystkich opublikowanych tekstów mojego autorstwa dostępnych w Internecie.

Dziękuję wszystkim czytelnikom moich tekstów. Pozdrawiam Was gorąco!

tak mi źle… – o filmach smutnych

Jeśli brać pod uwagę jedynie tytuł, tekst ten może się wydawać adaptacją artykułu Odrobina przyjemności, czyli o filmach rozkosznych autorstwa prof. Grażyny Stachówny. Nie śmiałbym stawać w żadne konkury z tak wybitnym znawcą filmu jak pani profesor, nie zmienia to jednak faktu, że esej jej autorstwa był dla mnie inspiratorem i motywatorem do sporządzenia własnej analizy. Przedmiotem moich rozważań stały się dzieła w analogiczny sposób wpływające na nastrój oglądającego, co słynne już filmy rozkoszne. Analogiczny, jednak, co jasne, zgoła odmienny. W tym tekście postaram się określić w podobny do profesor Stachówny sposób filmy smutne. Czytaj dalej

mistrz dyskomfortu – o kinie jasona reitmana

Jason Reitman. Rocznik 1977. Abstynent, libertarianin, miłośnik serii „Obcy”. Nakręcił cztery pełnometrażowe filmy, które zarobiły dotąd przeszło 450 milionów dolarów, zwracając zainwestowane weń pieniądze ponad ośmiokrotnie (!). Zdobyły przy tym około dziewięćdziesięciu różnej maści nagród i nominacji do najbardziej prestiżowych wyróżnień w dokonaniach filmowych na całym świecie (on sam zgromadził cztery nominacje do Oscara już w wieku 32 lat). Ciekawe portfolio, prawda?

Gdzie upatrywać przyczyn sukcesu filmów Jasona Reitmana? Czym wyróżnia się na tle gros innych amerykańskich filmowców? Co jest charakterystyczne dla jego twórczości? Czytaj dalej

lokalny patriota – o kinie ulricha seidla

Zanim przejdę do meritum mam do czytelnika prośbę – proszę odszukać w pamięci popularny horror „Wilk” z 1994 roku z rolami Jacka Nicholsona i Michelle Pfeiffer. Czy Ulrich Seidl na poniższym zdjęciu nie przypomina nieco właśnie Nicholsona z tego filmu? To oczywiście żart, prowadzący do mocno wydumanej analogii, ale takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy zobaczyłem tę fotografię. I myślę sobie, że mimo wszystko coś w tym jest. Seidl, skądinąd człowiek nader sympatyczny, z iście demonicznym błyskiem w oku i cynicznym uśmiechem na ustach od lat przypatruje się Austriakom. I trzeba przyznać nie przebiera w środkach w wyciąganiu demonów tkwiących w rodakach. A wszystko to czyni… z miłości do nich.


Czytaj dalej

cnoty czy grzechy? – o filmowym tryptyku iñárritu i arriagi

Rok 2000. Tryumf meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzáleza Iñárritu dzięki wybiórczej, lecz pełnokrwistej panoramie społeczeństwa Mexico City w „Amores Perros”. Wkrótce przychodzą kolejne: „21 gramów” (2003) i „Babel” (2006). Trzy filmy, trzy wydarzenia. Poklask, uznanie krytyki, tłumy na sali. I skandal. Filmowiec oskarża wieloletniego przyjaciela i współpracownika Guillermo Arriagę, autora scenariuszy do wyszczególnionej powyżej tzw. „trylogii śmierci”, o przypisywanie sobie wyłączności na rzekomo artystyczny sukces filmów. Arriaga dłużny nie pozostaje. Ich filmowe – bo takie interesują nas najbardziej – drogi rozchodzą się. Arriaga próbuje sił jako reżyser. „Granice miłości” (2008) według jego scenariusza bolą, ale nie tak jak dzieła stworzone w tandemie z Iñárritu – bolą pustką i brakiem wyrazistości. Brakuje Iñárritu. On zaś każe na siebie czekać dłużej. Podstawowym grzechem „Biutiful” (2010) jest… no cóż, brak Arriagi. Czytaj dalej

moje własne arcydzieło – o filmach wielkich

Na początku lutego 2012 roku miałem przyjemność obejrzeć film Michela Hazanaviciusa, Artysta. Urzeczony obrazem, czym prędzej po seansie popełniłem swoje małe guilty pleasure i na popularnym wortalu o tematyce filmowej oceniłem francuską produkcję na dziesięć gwiazdek, co równe jest najwyższej możliwej ocenie (co prawda po czasie zweryfikowałem pierwotny osąd), a także kliknąłem w ikonkę serduszka obok noty, ogłaszając wszem i wobec, że odtąd Artysta figuruje jako jeden z moich ulubionych filmów. Po tym fakcie na ekranie monitora pojawiła się radosna informacja, iż uważam film Hazanaviciusa za „Arcydzieło!”. Gdy tego samego dnia znalazłem w Co jest grane? – popkulturowym dodatku do Gazety Wyborczej – recenzję rzeczonego Artysty, której autor rozpływał się w zachwytach nad czarno-białym, niemym ewenementem współczesnego kina, również wystawiając mu najwyższa ocenę i używając w stosunku do niego określenia „arcydzieło”, naszła mnie refleksja. Abstrahując od faktu, że nie wszystkie oceny ważą tyle samo, zwłaszcza takie, które są wynikiem pewnej zabawy, hobby, zauważyć można, jak nietrudno to podniosłe określenie przechodzi nam w dzisiejszych czasach przez gardła. Czytaj dalej

seksualne rubikony – różne oblicza seksu w filmie

„- There is something very important we need to do as soon as possible.
– What’s that?
– Fuck.”
(Stanley Kubrick, „Oczy szeroko zamknięte”, 1999)

Miłość, podobnie jak pieniądze, władza czy sława, jest jedną z największych ludzkich namiętności. Trzymając się tego toku myślenia można zaryzykować stwierdzenie, iż namiętnością miłości jest jej fizyczne, dotykające człowieka w najbardziej intymny sposób następstwo, czyli seks. Czytaj dalej