gdyby nie juliette… [„Zakochana bez pamięci”]

Filmów w większym lub mniejszym stopniu podobnych do „Zakochanej bez pamięci” Sylvie Testud było już niemało. Wystarczy wspomnieć choćby „Dziś 13, jutro 30” (2004) albo „Ile waży koń trojański?” (2008). Wszystkie mają podobną konstrukcję fabuły, wszystkie zwieńczone są adekwatnym do całości, mniej lub bardziej łzawym happy endem, w zasadzie wszystkie są też komediami z nutką sentymentalizmu. Film Testud wzorcowo wpisuje się w tę dość wątpliwych uroków konwencję, nie wybijając się ponad stan prawie niczym. Prawie, bo nie we wszystkich tych cukierkowych filmidełkach gra Juliette Binoche. Czytaj dalej

Reklamy

in between [„Take This Waltz”]

O Sarah Polley nie wypada już mówić inaczej niż artystka. Aktorską klasę potwierdziła już jakiś czas temu, zwłaszcza udziałem w filmach Isabel Coixet (fanom kina popcornowego powinna się natomiast kojarzyć jako jaśniejszy punkt nieco przedumanego „Mr. Nobody” (2010)). Przed sześcioma laty próbowała swoich sił jako reżyser. Także z świetnym skutkiem. Wydany na początku października „Take This Waltz”, podobnie jak debiutancki „Daleko od niej” (2006), jest przejmującym, tętniącym uczuciami obrazem miłości zabijanej przez życie. Czytaj dalej

paryskie wędrówki [„Kobieta z piątej dzielnicy”]

Swym poprzednim filmem zatytułowanym „Lato miłości” (2004), z Emily Blunt oraz charakterystyczną aktorką brytyjską Natalie Press w rolach głównych, Paweł Pawlikowski pokazał, że posiada ciekawy zmysł estetyczny i potrafi zbudować  duszącą atmosferę swego rodzaju mistycznego realizmu. Dzięki temu został uhonorowany nagrodą BAFTA i wszedł do grona filmowców, którym należy bacznie się przypatrywać. W jego ostatnim obrazie „Kobieta z piątej dzielnicy”, filmowej adaptacji powieści Douglasa Kennedy’ego, frapuje głównie owa mistyczna, intensywna aura i tak naprawdę tylko ona. Pawlikowski pragnął bowiem, by jego film epatował tak głęboką niejednoznacznością, że osiągnął efekt odwrotny. Widz przekopując się przez kolejne warstwy znaczeń opowieści, natrafia w końcu albo na litą skałę, albo na lotne piaski. Czytaj dalej

łapię chwile ulotne jak ulotka… [„Jesteś Bogiem”]

…ulotne chwile łapię jak fotka
dbam, by chwile ulotne jak notka
nie uleciały jak ulotna plotka

Tak sobie myślę, że przytoczony fragment kawałka „Chwile ulotne” Paktofoniki mógłby stać się czymś na zasadzie motto tej strony. Bo i jakimi innymi są chwile obcowania z namiastką choćby sztuki? Poza autentycznym przeżyciem, dopieszczeniem estetycznych wymagań odbiorcy, uruchomieniem palety emocji – to właśnie (u)lotne momenty, intensywne, ale krótkie chwile. Chciałbym zatem, żeby ta strona za moim pośrednictwem „łapała chwile ulotne jak notka”, po to żeby „nie uleciały jak ulotna plotka” – głównie te spędzone przy utworach najbliższej mi dziedziny sztuki, czyli dziesiątej muzy, ale także wszelkich innych, między którymi a mną coś się zadziało.

Pozostając w koneksji z zacytowanym urywkiem piosenki, na początek kilka wrażeń z chyba największego przeboju kinowego wczesnej jesieni A.D. 2012, „Jesteś Bogiem” w reżyserii Leszka Dawida. Filmu, który przywraca wiarę w polskie kino. Czytaj dalej