nieobiektywnie i powierzchownie [„Diaz”]

Daniele Vicari w filmie „Diaz” popełnił niestety podstawowy błąd. Jest nieobiektywny. Wyraźnie faworyzuje stronę młodych alterglobalistów, próbujących uniemożliwić zorganizowanie szczytu G8 w Genui w 2001 roku. Absolutnie ich nie bagatelizując, ale abstrahując od wszelkich krzywd, jakich doznali ci ludzie ze strony policji, przemocy jakiej stali się ofiarami, rządowych machlojek i zagrań organów ścigania w iście faszystowskim stylu – wydaje się, że Vicari z czystej przyzwoitości umieścił w filmie kilka fragmentów portretujących „ostatnich sprawiedliwych” pośród przedstawicieli włoskiej administracji. I zamiast rozrysować te elementy precyzyjniej, skupił się w zasadzie na orgii przemocy. Jego obraz staje się przez to płytki, emocjonalnie szantażując i schlebiając najniższym instynktom, takim jak powierzchowne zgorszenie czy pragnienie zemsty.

Czytaj dalej

Reklamy

kwintesencja stylu wrighta [„Anna Karenina”]

Joe Wright już w swym debiucie – ekranizacji „Dumy i uprzedzenia” (2005) – zaprezentował styl, w jakim kręcił będzie swoje kolejne filmy. To reżyser, który ogromną wagę poświęca na zachowanie stałego rytmu narracji. Precyzyjnie synchronizuje ścieżkę dźwiękową z obrazem, fragmenty popychające fabułę do przodu inkrustuje zaś przepięknie kadrowanymi, ‚poetyckimi’ ujęciami. To w połączeniu z rzeczonym timingiem akcji skutkuje dla widza ogromnym komfortem oglądania. Co najważniejsze Wright nie zapomina także o odpowiednim nasyceniu emocjonalnym swoich filmów. Wobec wszystkich tych aspektów jego najnowsze dzieło – „Anna Karenina” – jawi się jako swego rodzaju kwintesencja stylowości i uroku. Czytaj dalej

zgrabny mix motywów [„Looper – Pętla czasu”]

„Looper – Pętla czasu” w reżyserii Riana Johnsona podtrzymuje zaskakująco dobry poziom tegorocznych blockbusterów. Film to o ciekawym koncepcie fabularnym, dobrze napisany i poukładany, i choć science fiction w klasycznym rozumieniu, to jednak nieprzeładowany efektami audiowizualnymi. Johnson prezentuje nam wizję przyszłości tak naprawdę w szczegółach różniącą się od świata teraźniejszego. Fakt, iż tymi niuansami są np. lewitujące pojazdy, niemniej nie rzuca się to w oczy, jest wkomponowane w futurystyczny krajobraz niejako naturalnie. W ogóle „Looper” to wykonany z głową konglomerat motywów czy wręcz pewnych archetypicznych cech, charakterystycznych i wykorzystywanych wcześniej w filmach zaliczanych do klasyki sci fi. Dodatkowo opatrzony – dość banalną i chwilami zbliżającą się do pompatycznej ckliwości, ale zawsze – refleksją nad poszukiwaniem swojego miejsca w świecie. Czytaj dalej

opętana miłością [„Za wzgórzami”]

„Za wzgórzami”, ostatni film Cristiana Mungiu, to obraz znacznie słabszy od prawdopodobnie opus magnum rumuńskiego filmowca, czyli „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” (2007). Ale takowych – w sensie słabszych od rewelacyjnego zdobywcy Złotej Palmy sprzed pięciu lat – obrazów jest mnóstwo z prostej przyczyny: to film wielki, do jakiego rzadko który jest w stanie się zbliżyć, nie mówiąc o dorównaniu. Oba utwory łączy jednak sporo. Filmowa forma, naturalizm, osadzenie w społecznym kontekście, reżyserska konsekwencja, znakomite aktorstwo, motyw oddania i trudnej przyjaźni. Czytaj dalej

maman!… mal!… mort?… [„Miłość”]

Termin „arcydzieło” i nazwisko Michaela Hanekego nieodłącznie idą w parze od kilkunastu lat. Jeden z największych autorów współczesnego kina powraca z kolejnym małym wielkim filmem. Jakże różnym od monumentalnych pseudointelektualnych quasi-dzieł w postaci choćby – także nagrodzonego w Cannes, z tym że rok wcześniej – „Drzewa życia” (2011) Malicka i z wprost proporcjonalną mocą bijącym je na głowę. „Miłość”. Ascetyczna, precyzyjna i zdyscyplinowana, rozegrana praktycznie tylko na dwa głosy i zamknięta w ścianach kilkupokojowego mieszkania paryskiej kamienicy psychodrama oddziałuje na widza przygniatająco, windując przy tym ekranową prezentację intymności na kosmiczny wręcz poziom. Czytaj dalej

dzieci lubią misie… [„Ted”]

A misie co lubią? Jaranie lufek, łojenie gorzały i posuwanie słodkich idiotek w kolorze blond na zapleczu sklepu, w którym są zatrudnieni. Takie są misie – a w zasadzie jeden miś – w filmie „Ted”, Setha MacFarlane’a. Gadający, zabawny, uroczy?… Nie!… Wygadany i zabawowy – to jak najbardziej. Ale także pełen gross-outowego uroku, którego dzieci raczej nie polubią. I z którym z pewnością nie powinny mieć na razie styczności. Czytaj dalej

to moje żydy [„W ciemności”]

Im bardziej film chwalony albo im więcej nagród zdobywa – a przy tym nie oczekuję go z napięciem powodującym rozstrój żołądka – tym mniejszy mój zapał do jego obejrzenia. Efekt jest jednak taki, że prędzej czy później po dany tytuł sięgnę. Tak było ze – znakomitym skądinąd – „The Social Network” (2010), tak jest z tegorocznym „Skyfall”. Podobnie było z ostatnim filmem Agnieszki Holland. W końcu zaległości nadrobione. Zapoznałem się z jednym z najważniejszych polskich filmów zeszłego sezonu, „W ciemności”. I? Po obejrzeniu wspomnianego filmu Davida Finchera mogłem powtórzyć za filmowym Markiem Zuckerbergiem (Jesse Eisenberg) po rozmowie z Seanem Parkerem (Justin Timberlake): „Shit!…” Po filmie Holland wyrwało mi się wątłe: „Puf…” Czytaj dalej