spektakl jednego aktora [„Lot”]

Po kilkunastoletnim, umiarkowanie udanym rozbracie z kinem aktorskim Robert Zemeckis wraca w dobrym, widowiskowym wręcz stylu. Tak można bowiem opisać chyba najlepszą sekwencję w jego najnowszym filmie, „Lot”. Awaria i lądowanie samolotu zobrazowane jest niemal wyłącznie z wnętrza maszyny, a mimo to trzyma widza w postronkach napięcia. Dynamiczne zdjęcia i błyskotliwy montaż na spółkę z udźwiękowieniem tworzą wciągającą symfonię podenerwowania, która metamorfuje widza w naprężoną z podniecenia strunę. Kapitalne otwarcie filmu. Czytaj dalej

jestem negatywny [„Ralph Demolka”]

„Ralph Demolka” był chyba najpoważniejszym dla „Meridy Walecznej” konkurentem do Oscara w kategorii Najlepsza pełnometrażowa animacja. W moim odczuciu przegrał słusznie. Opowieść o wikingowej nastolatce ujmowała klasyczną prostotą. Historia szwarccharakteru z automatu do gry, któremu po latach zamarzyło się zostać bohaterem pozytywnym, to aż nazbyt obfity konglomerat różnorakich „tribute’ów” i popkulturalnych motywów. Szalenie przy tym inteligentny i rozsądnie niemoralizatorski, dzięki czemu jego lektura należy do nader przyjemnych. Czytaj dalej

głupota i zagubienie [„Rust and Bone”]

Film „Rust and Bone” nieco mnie zirytował. Nie można niczego zarzucić jego warstwie formalnej. Zdjęcia i muzyka ciekawie się ze sobą komponują, ich wzajemne uzupełnianie się tworzy wrażenie pulsującego dynamizmu, trochę odrealnienia. Film pieści zmysły, estetycznie dowartościowuje. Także i oś fabularna jest w swojej klasyczności w jakiś sposób ujmująca. Nie mogę jednak reżyserowi wybaczyć odpychającego w swoim naturalizmie sportretowania protagonisty. Czytaj dalej

excelsior, a co… [„Poradnik pozytywnego myślenia”]

Prawdę powiedziawszy, co druga recenzja „Poradnika pozytywnego myślenia” w reżyserii Davida O. Russella zawiera wykorzystane także przeze mnie łacińskie słówko. Cóż z tego, skoro wyraz ten tak trafnie definiuje niezwykle – no właśnie – pozytywny przekaz filmu. Powiem szczerze, że już dawno nie widziałem równie budującego filmu. Co prawda, wcale niedawno udowadniałem w swojej ocenie, że „Sesje” (2012) działają nad wyraz pokrzepiająco. W obrazie Bena Lewina okazjonalna słodycz wytrąca jednak aspekt, którym „Poradnik…” jest przepełniony – energię. Czytaj dalej

target osama [„Wróg numer jeden”]

Kathryn Bigelow uchodzi w filmowym światku za specjalistkę od „męskiego kina”. Tematy (zimno) wojenne, wojsko, drapieżność przekazu, surowość formy to wyznaczniki jej twórczości. Zaledwie trzy lata temu Akademia uhonorowała ją jako pierwszą kobietę w historii Oscarem za reżyserię za sugestywny obraz irackiej wojny w „The Hurt Locker. W pułapce wojny” (2008), za tydzień jednak nie uczyni tego ponownie. Fakt, że za „Wroga numer jeden” twórczyni „K-19” (2002) straciła nominację na rzecz (z całym szacunkiem dla filmów i twórców, których cenię) Anga Lee czy Benha Zeitlina – choć znamienny – zakrawa na farsę (podobna sprawa ma się z Benem Affleckiem). Jej ostatni film bowiem to w swojej konwencji obraz wybitny. Czytaj dalej

moc interpretacji [„Post tenebras lux”]

Carlos Reygadas należy do wąskiego grona reżyserów, którzy pozwalają widzowi na praktycznie nieograniczoną interpretację swoich filmów. Jego obrazy nierzadko – i również nierzadko tylko pozornie – narracyjnie bezładne, odczytywać można na dziesiątki sposobów i przez dowolne pryzmaty. Jednak pojawia się przy tym niebezpieczeństwo – jeśli znaczą wszystko, mogą też nic nie znaczyć. Wielosłowie i pustosłowie to środek tego samego okręgu zwanego filmem. Dzieła Reygadasa to filmy skrajne. Przyjmuje się je, albo odrzuca; albo uwierzymy mu w pełni, albo zdrzaźni nas formalizmem i pretensjonalizmem. Zaufanie i otwartość to fundamenty odbioru jego filmów. „Post tenebras lux”, ostatni film meksykańskiego poety, to obraz na tych podstawach oparty bardzo mocno. Chyba najmocniej z dorobku laureata zeszłorocznej Złotej Palmy w Cannes. Czytaj dalej

mr. president [„Lincoln”]

Hm… Dziwne jest to uczucie po obejrzeniu filmu – dalekie od zachwytu, ale i zawodu. Nie do końca rozczarowanie, nie do końca uznanie. Zdystansowana aprobata okupiona niezdefiniowanym westchnieniem. Hm. Takie odczucie wywołał we mnie „Lincoln”, najnowsze dzieło Stevena Spielberga – niegdyś wielkiego, od czasu „Szeregowca Ryana” (1998) co najwyżej poprawnego. Tendencja w jego przypadku niestety zniżkowa, zwłaszcza jeśli chodzi o superprodukcje. A taką niewątpliwie „Lincoln” jest. Rozmach realizacji – mimo nawet faktu, że zdecydowana większość akcji rozgrywa się w chłodnych wnętrzach – jest w swej szczegółowości i dopracowaniu wręcz namacalny. Do tego stopnia, że chwilami ginie w nim jak zawsze kongenialny Daniel Day-Lewis. Czytaj dalej