wszyscy jesteśmy trochę niewidomi [„Imagine”]

Imagine, adekwatnie do tytułu, pozostawia wyobraźni widza szerokie pole do popisu. Już dawno nie spotkałem się z filmem, w którym niedopowiedzenie miało o tyle większe znaczenie niż to, co „widzialne”. Dzieło Andrzeja Jakimowskiego odbiera się w zupełnie innych, jeśli mogę tak to nazwać, rejestrach percepcji. Odmiennych od tych, do których przyzwyczaiło nas kino, bazujące przecież w głównej mierze na zmyśle wzroku. Jest w Imagine kilka (czy wystarczająco wiele, to kwestia potencjalnie dyskusyjna) takich momentów, w których dzięki bombardującej nasze uszy gamie dźwięków możemy w pewnym – rzecz jasna minimalnym – stopniu stanąć na miejscu niewidomych protagonistów. Bez zamykania oczu. Czytaj dalej

Reklamy

jak w niebie… [„Hemel”]

Oglądając holenderską Hemel, moja pamięć przywołała dwa przypominające nieco debiut Sachy Polaka obrazy – tegoroczny Klip i niedawny polski Big Love (2012). Wróciły do mnie zapewne ze względu na – eksponowaną tak w rzeczonych filmach jak i w Hemel – odważną ekspozycję kinowego seksu. Miłość fizyczna jest dla dobrze zagranych (to też cecha wspólna) bohaterek wszystkich tych produkcji filtrem, przez który przepuszczają rzeczywistość – katalizatorem strachu przed utratą wiary w bliska osobę, naturalną metodą zatrzymania tego kogoś przy sobie, panaceum na bolesne wykwity samotności, symptomem nieświadomego pozbawiania się godności. Zarówno jednak serbskiej prowokacji Maji Milos jak i ramocie Barbary Białowąs daleko do filmu Polaka, zwłaszcza pod względem psychologicznej konstrukcji protagonistki. Czytaj dalej