wielka pochwała życia [„Chce się żyć”]

Oglądalność filmu to nie tylko jego popularność w kinach czy telewizji. Oglądalnością nazywam to, w jaki sposób dany obraz na mnie oddziałuje, pozytywnie lub negatywnie. Mam swój mały prywatny podział tej jasnej strony oglądalności filmów – są takie, które się ogląda i takie które się przeżywa. Chce się żyć w reżyserii Macieja Pieprzycy należy do tych ostatnich. To jeden z najbardziej wyjątkowych filmów, jakie w ogóle udało mi się zobaczyć, a świadczy o tym fakt, że jest dopiero piątym, któremu udało się mnie wzruszyć. Czytaj dalej

kosmos! [„Grawitacja”]

Ach, Grawitacja… Cóż to jest za film! Przyznam szczerze, że dotąd nie byłem na podobnym w kinie. Alfonso Cuarón zachwycił mnie  totalnie. Nakręcił film epicki w rozmachu, a jednocześnie – w swoim stylu – szalenie intymny. Po raz kolejny dał nam posmakować swej nietuzinkowej pomysłowości. Grawitacja  to obraz wypełniony wręcz niebanalnymi rozwiązaniami formalnymi i zdumiewającymi chwytami narracyjnymi. Fenomenalne widowisko! Po prostu kosmos! 😉 Czytaj dalej

ksiądz to pedał [„W imię…”]

W imię… trafił w swój czas, niewątpliwie. Wypływające na światło dzienne kolejne pedofilskie skandale w polskim Kościele zagnały tłumy żądnych kinowego potwierdzenia medialnych rewelacji widzów na film Małgośki Szumowskiej. W filmie z ust wcielającego się w rolę księdza Adama Andrzeja Chyry pada jednak wyraźnie zdanie: „Nie jestem pedofilem. Jestem pedałem.” Niemal słyszę z ust katoli, których znam wcale niemało – co za różnica? W tym właśnie rzecz. Czytaj dalej

smutny allen [„Blue Jasmine”]

Woody Allen, wiadomo – Autor i autor. Jeden z największych współczesnych filmowców, posługujący się oryginalnym i rozpoznawalnym językiem twórczym; pierwszy neurotyk popkultury od lat przelewający hektolitry wypełniającego go zagmatwania na tysiące stron napisanych przez siebie scenariuszy i kilometry taśmy filmowej; sprawca trafnych boleśnie niczym wbicie szpileczki w sam czubek palca wiwisekcji relacji damsko-męskich. Z drugiej strony niepokojąco płodny reżyser, który – według niektórych – kręci „wciąż ten sam film”. Nigdy nie zapałałem do niego przesadnym uwielbieniem, Annie Hall (1977) pamiętam słabo, zachwycił mnie dopiero Zeligiem (1983), którego widziałem stosunkowo niedawno. Ale i tak pytaniem, które zawsze zadaję sobie zasiadając do jego kolejnego „najlepszego lub najzabawniejszego” filmu jest czy i czym znowu będzie w stanie mnie zaskoczyć. Z Blue Jasmine było podobnie. I… cholera… ten wygadany, nieduży facecik w binoklach zaskoczył mnie. Znowu. Czytaj dalej