moje własne arcydzieło – o filmach wielkich

Na początku lutego 2012 roku miałem przyjemność obejrzeć film Michela Hazanaviciusa, Artysta. Urzeczony obrazem, czym prędzej po seansie popełniłem swoje małe guilty pleasure i na popularnym wortalu o tematyce filmowej oceniłem francuską produkcję na dziesięć gwiazdek, co równe jest najwyższej możliwej ocenie (co prawda po czasie zweryfikowałem pierwotny osąd), a także kliknąłem w ikonkę serduszka obok noty, ogłaszając wszem i wobec, że odtąd Artysta figuruje jako jeden z moich ulubionych filmów. Po tym fakcie na ekranie monitora pojawiła się radosna informacja, iż uważam film Hazanaviciusa za „Arcydzieło!”. Gdy tego samego dnia znalazłem w Co jest grane? – popkulturowym dodatku do Gazety Wyborczej – recenzję rzeczonego Artysty, której autor rozpływał się w zachwytach nad czarno-białym, niemym ewenementem współczesnego kina, również wystawiając mu najwyższa ocenę i używając w stosunku do niego określenia „arcydzieło”, naszła mnie refleksja. Abstrahując od faktu, że nie wszystkie oceny ważą tyle samo, zwłaszcza takie, które są wynikiem pewnej zabawy, hobby, zauważyć można, jak nietrudno to podniosłe określenie przechodzi nam w dzisiejszych czasach przez gardła.

W niejednej publikacji – internetowej czy papierowej – napotkałem się z podobnymi wątpliwościami: co obecnie znaczy słowo „arcydzieło”? Czy w ogóle coś znaczy? Czy to może tylko dęty, pozbawiony wartości, pusty epitet? A jeśli nie, to czy – ograniczając się już tylko do dziedziny filmu – godzi się określać tak współczesne utwory w odniesieniu do dzieł sztuki wywindowanych przez historię do miana arcydzieł? Czy warto wykorzystywać ten zwrot en general? Próba odpowiedzi na każde z tych pytań mogłaby być co najmniej wymagająca. Nie ulega jednak wątpliwości, że „arcydzieło” to obecnie pojęcie dość mocno zdewaluowane. I paradoksalnie jest ono takim z powodu sedna istnienia i uprawiania sztuki, jej podmiotu – odbiorcy. Czyli w przypadku wytworów dziesiątej muzy – publiczności kinowej i telewizyjnej.

Aby dowieść tej tezy, muszę odwołać się do definicji pojęcia arcydzieła. Według Słownika Encyklopedycznego – Język polski (Wydawnictwo Europa, 1999) autorstwa Elżbiety Olinkiewicz, Katarzyny Radzymińskiej i Haliny Styś, arcydzieło to „dzieło sztuki literackiej, plastyczne, muzyczne, teatralne, filmowe, uznane przez odbiorców różnych pokoleń, światopoglądów i upodobań; arcydzieło spełnia po mistrzowsku określone zadania artyzmu, oryginalności, wieloznaczności i uniwersalności sensów; silnie oddziałuje na twórczość dalszych epok i na historycznoliterackie procesy”. Pierwsza część tego objaśnienia podważa moją teorię, ale zwracam uwagę na drugie zdanie. Rodzi się pytanie: kto jest w stanie zweryfikować, czy dany utwór – w naszym przypadku film – faktycznie realizuje zaproponowane przez autorów słownika wytyczne? Czy może być to przeciętny widz, który jeden czy dwa razy w miesiącu zabierze rodzinę w niedzielę do kina lub z braku innego zajęcia zasiądzie do filmu, którego opis zainteresował go, gdy akurat przeglądał magazyn z programem telewizyjnym? Trudno zaprzeczyć, że w przeważającej części z takich jednostek zbudowane jest filmowe audytorium.

Jakiś czas temu na którymś z internetowych forów dyskusyjnych, znalazłem bardzo ciekawą dyskusję dotyczącą pojmowania słowa „arcydzieło” w kontekście obrazów filmowych. Jeden z jej uczestników inteligentnie stwierdził, iż istnieją pewne wypracowane przez lata ponadjednostkowe kryteria, które pomagają w ewaluacji danego utworu pod kątem jego rzeczywistego wkładu w sztukę filmową. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Dopiero przez pryzmat takich wyznaczników jak: odpowiednie wykształcenie, zdobyta wiedza, wybijająca się inteligencja i spostrzegawczość oraz pewna wrażliwość na dostrzeganie aspektów filmu, jakich nie jest w stanie dopatrzyć się przeciętny odbiorca, a bez których ocena dzieła nigdy nie będzie pełna i obiektywna, można dokonać miarodajnej i wiarygodnej analizy filmu. Takimi przymiotami winien charakteryzować się krytyk.

Jako że warci słuchania, opiniotwórczy i wyznaczający nowe tory pojmowania filmów krytycy to wciąż zdecydowana mniejszość ludzi kultury, można przyjąć, że krytyka jest swego rodzaju zajęciem elitarnym, czy może inaczej – ekskluzywnym. Skoro więc krytyk jest w stanie stwierdzić, że dany film jest arcydziełem, to i arcydzieło powinno być siłą rzeczy pojęciem ekskluzywnym właśnie. „Arcydzieło” zostało w obecnych czasach pozbawione ekskluzywności. W przywołanej w poprzednim akapicie dyskusji jeden z użytkowników forum upierał się, iż arcydziełem dla każdego widza może być dowolny film, który zapadł głęboko w pamięć, zachwycił warstwą formalną, wzruszył etc. Różnica między arcydziełem a faworytem jest jednak zasadnicza – to terminy odpowiednio obiektywne i subiektywne w sposób skrajny. Publiczność z poważną krytyką niemająca, a często i niechcąca mieć wiele wspólnego, wypaczyła pojęcie arcydzieła, odnosząc je do filmów ulubionych, faworytów. „Moje arcydzieło” czy „osobiste, własne arcydzieło” to oksymorony. Rzecz jasna nie można, a wręcz nie należy zabraniać używania tego typu zwrotów. Mark Twain słusznie zauważył, że „publiczność jest jedynym krytykiem, którego opinia jest cokolwiek warta”. Jednakże jednym z podstawowych zadań krytyki i krytyków powinna stać się obrona ekskluzywności pojęcia arcydzieła. Nie przez rzucanie rękawicy z okrzykiem „C’est la guerre!”, lecz poprzez tłumaczenie i uświadamianie – wnikliwe i rzetelne, ale i nie pozbawione przystępności.

Nieco inną sprawą jest, gdy mamy do czynienia z filmem kultowym. Następuje to w chwili, gdy pewna grupa osób nazywa arcydziełem film albo ich zbiór zazwyczaj powiązany tematycznie. Czy jest to pojedynczy obraz, seria filmów spod jednego tytułu (tak zwana saga), czy skupione są wokół jednego zagadnienia, najczęściej zrzeszają pokaźną liczbę fanów, wspólnie kultywujących na przykład wzory zachowań bohaterów albo przenoszących pewne wartości ze świata przedstawionego w owym filmie/filmach do rzeczywistości. Nierzadko zdarza się jednak, iż obraz taki nie spełnia kryteriów arcydzieła, ba!, często otrzymuje nawet mocno negatywne oceny recenzentów, zarzucających mu niską wartość artystyczną. Film kultowy zostaje wybrany przez zawężoną grupę odbiorców, mimo że po częstokroć bardzo liczną. Nie oznacza to z miejsca, że jest to arcydzieło w swoim klasycznym, ekskluzywnym ujęciu. Nie raz mieliśmy bowiem do czynienia z faktem, iż dzieło uznane za kultowe epatuje kiczem. Mimo że pojęcia filmu kultowego i arcydzieła nie wykluczają się wzajemnie, to jednak rzadko idą w parze, choć zdarza się, iż jest to awers i rewers jednej monety zwanej obrazem filmowym.

Ostatnią kwestią, którą chciałbym poruszyć, to obecność arcydzieł we współczesnym kinie (jeśli za takie przyjąć filmy wydane na przestrzeni co najwyżej dekady). Nie chcę wymieniać w tym miejscu gros konkretnych tytułów, lecz zastanowić się nad zasadnością używania tego określenia w stosunku do filmów, których premiera miała miejsce stosunkowo niedawno. Czy mając na uwadze definicję arcydzieła, a konkretnie zapis: „silnie oddziałuje na twórczość dalszych epok i na historycznoliterackie procesy”, i odnosząc je do sztuki filmowej, wyrażenie „współczesne arcydzieło” ma w ogóle rację bytu? Odpowiedź na to pytanie jest niestety przecząca. To słowa wykluczające się, choć w mniejszym stopniu niż wymienione dwa akapity wyżej zbitki wyrazów. Do miana arcydzieła utwór dojrzewa, szybciej lub wolniej – to zależy już oczywiście od klasy samego filmu. Zamiast owego frazeologizmu bardzie kongruentne wydaje się używanie zwrotów „film wyróżniający się” czy „film wybitny”.

Zatem jak szukać dzisiaj filmów wybitnych, z zadatkami na przyszłe arcydzieła? Przyjęło się, iż „ambitne kino”, to tak zwane kino festiwalowe – niełatwe w odbiorze, wymagające, poważne. Filmy takie prezentowane są na festiwalach, na których profesjonalne jury dokonuje selekcji zgłoszonych obrazów, najbardziej wartościowe umieszczając w konkursach głównych, nie zawsze jednak najlepsze nagradzając laurami pierwszeństwa. Piękno subiektywizmu. Niemniej historia pokazała, że często wśród tak nobilitowanych obrazów znajdowały się arcydzieła kina. Najwygodniej jest jednak skorzystać z metody porównania. Zestawiając filmy jednego gatunku – załóżmy – premierę z wydanym nawet w nieodległej przeszłości, lecz wyróżniającym się w swoim rodzaju obrazem, i wykazując za każdym razem wyższość tego drugiego, możemy spodziewać się, że za jakiś także czas pozostanie ono równie wartościowe, co w chwili obecnej. Czy nagrodzony pięcioma Oscarami Artysta Michela Hazanaviciusa okaże się arcydziełem? Jest tylko jedna odpowiedź na to pytanie: czas pokaże.

[2013]

Foto: Filmweb

Reklamy

2 comments on “moje własne arcydzieło – o filmach wielkich

  1. Mecenas pisze:

    Jeśli to ma jakieś znaczenie w kontekście kryterium czasu, to oglądałem Artystę jakiś rok temu i chwili obecnej nie potrafię nawet powiedzieć o czym był ten film…

    • _encore_ pisze:

      Nie no, w moim przypadku a propos tego filmu nie jest aż tak źle 😀 Film jest znakomity, nie ma co ukrywać, zasługuje nawet na 10/10, ale arcydziełem wg mnie nie jest. Może tylko pod względem pasji kina. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s